Bezpieczeństwo na planie filmowym oczami drugiego reżysera – wywiad z Adamem Santurą

Bezpieczeństwo na planie filmowym oczami drugiego reżysera – wywiad z Adamem Santurą

Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wywiadem, którego w jednej z warszawskich kawiarenek, przy filiżance dobrej kawy udzielił mi Adam Santura – bardzo doświadczony drugi reżyser, człowiek instytucja, marka sama w sobie. Specjalista, który w swej zawodowej misji robienia dobrego kina naprawdę dużą wagę przywiązuje do szeroko rozumianego bezpieczeństwa.

Krzysztof Jakucy: Od jak dawna jesteś związany z branżą filmową i pracujesz jako drugi reżyser?

Adam Santura: Nie ma takiego wyraźnego punktu od kiedy pracuję jako drugi reżyser, ale w branży pracuję od 1993 roku. Byłem asystentem kierownika produkcji, byłem drugim kierownikiem produkcji, location managerem i kierownikiem planu. Potem w związku z tym, że system pracy troszeczkę się w Polsce zmieniał i szedł w kierunku takiego, jaki obowiązuje w zasadzie na całym świecie, był taki czas, że pracowałem trochę i jako kierownik planu, i jako drugi reżyser. W pewnym momencie musiałem na coś postawić, bo nie dało się i tu, i tu. I postanowiłem robić to, co robię teraz. Drugim reżyserem jestem na  pewno od dobrych kilkunastu lat.

W imieniu telewidzów i kinomaniaków dziękuję Ci za to, że jesteś tu, gdzie jesteś! Z czego to wynika, że tak dużo uwagi przykładasz do bezpieczeństwa na planie?

Myślę, że z tego, że w przeszłości byłem kierownikiem planów i według polskiego prawa za to odpowiadałem. Też dlatego, że zacząłem się interesować tym, jak wyglądają systemy organizacyjne i struktury planów zdjęciowych w różnych krajach. Wyszło mi, że drugi reżyser też powinien za to odpowiadać. Poza tym mam taką teorię, że nie warto robić filmu, jeżeli komuś miałaby się przydarzyć jakakolwiek krzywda. Nie warto do tego projektu w ogóle siadać. My opowiadamy ludziom historie, czasem bajki i wspólnie tworzymy jakiś świat. Właśnie to ma być historią do opowiedzenia, a nie to, że coś się komuś wydarza na prawdę.

Czy Twoim zdaniem na planach filmowych często dochodzi do nagłych stanów zagrożenia życia, zasłabnięć, wypadków?

Odpukać w niemalowane, poza takimi drobnymi historiami typu niewielkie skaleczenie, nawet w takich projektach, gdzie są sceny kaskaderskie, przez wiele, wiele lat nic strasznego mi się nie przydarzyło, nie byłem świadkiem czegoś takiego. Nie chcę tego mitologizować, bo zasłabnięcia na planie czasem się zdarzają. Albo to, że ktoś się źle poczuje. I to jest coś, co musiałoby nas kierować to takiego fragmentu tej naszej rozmowy, który dotyczy godzin pracy, ilości pracy w ciągu doby i liczby dni pracy z rzędu. Jestem zwolennikiem tego, żeby w takich projektach pracować nie dłużej, niż 5 dni z rzędu, maksymalnie po 12 godzin. To już jest potężny wysiłek, nawet dla młodego i zdrowego człowieka.

Zgadzam się.

I fizyczny, i psychiczny. Na przykład kiedy przyjeżdżam na plan na godzinę 7:00 i wchodzę do garderoby, to tam już od jakiejś półtorej godziny ktoś pracuje.

Tak samo jest też z zabezpieczeniem medycznym. Zaczynamy dużo wcześniej, kończymy z reguły już po „zwijce”.

Nawet jeżeli dzień zdjęciowy trwa dla mnie 12 godzin, to dla wielu innych nie, a powinien trwać tyle samo godzin dla wszystkich. Nie jestem zwolennikiem nadgodzin i teorii, że przecież za nie płacimy. Po pierwsze jak one już są, to obowiązkiem producenta jest, żeby za nie zapłacić. Ale chodzi o to, żeby ich nie było. Mówiąc sarkastycznie, wcześniej czy później pieniądze, które zarobisz na nadgodzinach, wydasz na lekarzy, bo to się na twoim organizmie kiedyś odbije. Powstaje nowy twór, który nazywa się Związek Zawodowy Filmowców.

Zapisałem się jako członek.

Ja tak samo. I jestem bardzo „za”. Nie interesują mnie dyskusje o pieniądzach czy prawach autorskich, tylko zależy mi na uporządkowaniu sposobu pracy i godzin pracy w normalnych, ludzkich warunkach.

bezpieczny plan filmowy

Abstrahując od tematu, w naszej branży istnieje bardzo szczegółowe rozporządzenie odnośnie BHP i patrząc na inne dokumenty, które są dość ogólne, to jest ono dość precyzyjne, takie na czasie. Porusza zagadnienia z XXI wieku, a mimo to wielu ludzi z branży, z którymi rozmawiam, nie ma pojęcia co zawiera. Jest to niesamowite! Adamie, dla mnie jesteś wyrocznią, jesteś jednym z ekspertów. Podglądając Ciebie, bardzo dużo się nauczyłem. Na co Twoim zdaniem, jako ludzie związani z branżą, powinniśmy zwracać szczególną uwagę w obszarze bezpieczeństwa?

Trudno ogólnie odpowiedzieć na to pytanie, żeby nie mówić jakichś komunałów. Pomijając ogólne zasady bezpieczeństwa, poruszania się po planie, bycia razem – teraz jeszcze w szczególnych warunkach pandemicznych – zawsze patrzę na to w kontekście tego, co trzeba zrobić przed kamerą. Z tego zawsze wynika, co trzeba zabezpieczyć. Treść sceny, inscenizacja, scenografia, lokacja w pewnym sensie wymuszają myślenie o bezpieczeństwie.

Pamiętam naszą scenę z ciągnięciem przez samochód kraty na łańcuchu. Nie wiem czy pamiętasz, nocne sceny w deszczu w Żyrardowie, za kierownicą kaskaderka Asia. To co mi się bardzo podobało i zapadło w pamięć, to Twoje super komunikaty, jednoznaczne dla wszystkich: „Ratownik potrzebny do asysty sceny”.

Masz rację, ja w ogóle uważam, że w „cywilizowanym” – przepraszam za wyrażenie – świecie tak się dzieje, że karetka i przynajmniej jeden ratownik medyczny to podstawowe zabezpieczanie planu zdjęciowego. Przy tak dużej grupie ludzi, przy takich różnych dziwnych rzeczach jakie się robi, nawet jeżeli nie ma scen kaskaderskich, na planie musi być ratownik. Jestem szczęśliwy, że jest pandemia – w tym sensie, że wymusiła tę obecność ratownika. Choćby tylko po to, że jak się coś dzieje albo ktoś zasłabnie, to jest ktoś, kto wie co należy zrobić i jak skutecznie postępować do czasu przyjazdu czy przylotu służb ratowniczych.

Jasne, a jak Twoim zdaniem powinno wyglądać zabezpieczenie scen FX, kaskaderskich i takich, które ewidentnie są scenami podwyższonego ryzyka?

Zabezpieczenie to głównie standardy, które obaj znamy i możemy je sobie wyobrazić. Ale uważam, że te wszystkie rzeczy ciągle są u nas w powijakach, z tego prostego powodu, że robimy za mało prób, bo ciągle nie ma czasu. Tak nie powinno być. Powinniśmy spotykać się na planie –  nie mieć zdjęć, tylko się spotykać – ileś razy wszystko przepróbować i potem wrócić do tego na zdjęciach.

Tak, ja też dodam, że bardzo lubię, gdy na próbach jest obecny ratownik. Już wtedy uczę się tego, co będzie na planie zdjęciowym. Nie lubię natomiast sytuacji, kiedy z trudną sceną kaskaderską zapoznaję się dopiero na planie. Kiedy jako jedyny jej nie znam, bo wszyscy – a na pewno wszystkie osoby zaangażowane w bezpieczeństwo – wiedzą co jest technicznie robione, scena po scenie, co jest anomalią, a co przećwiczoną normalnością, tylko nie ratownik. Jak, Twoim zdaniem, powinna wyglądać taka wzorcowa współpraca między drugim reżyserem, kierownikiem planu, kierownikiem produkcji i ratownikiem w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa?

Współpraca – to przede wszystkim, to właściwe słowo. Uważam, że bez względu na to co sądzi reżyser, operator czy producent, jeżeli ktokolwiek z wymienionej przez Ciebie czwórki ma jakiekolwiek obiekcje czy wątpliwości, to przed tym ujęciem powinno się wstrzymać produkcję. Po to, żeby dłużej porozmawiać i zastanowić się, co jeszcze można zabezpieczyć. Ale absolutnie cała ta czwórka musi się zgodzić i uznać, że jest bezpiecznie, dopiero wtedy pracujemy dalej.

Fajnie, jak konklawe.

Trochę tak. Biały dym z komina jest? Jest! No to robimy!

adam santura

Dużo pracowałeś przy zachodnich produkcjach, czy dostrzegłeś tam takie wzorce, dobre standardy, które można skopiować i przenieść do naszego polskiego kina?

Jest coś, co w amerykańskim, brytyjskim czy niemieckim systemie uwielbiam i staram się stosować, choć na mniejszą skalę. Przy scenach kaskaderskich, scenach z efektami specjalnymi, gdzie jest ogień, wybuchy, samochody albo jakieś skoki zawsze odbywa się coś takiego, jak safety meeting. Zanim wszystko się wydarzy, ustalamy pewne sprawy, przygotowujemy, oczywiście wcześniej przeprowadzamy próby. Safety meeting polega na tym, że przychodzą wszyscy zainteresowani: drugi reżyser, reżyser, operator, szwenkierzy, wszyscy asystenci reżysera, kaskaderzy, wszyscy aktorzy, który biorą udział w tej scenie. Opowiadam od a do zet co się wydarzy, o czym jest scena, co robimy, że po włączeniu kamer są określone komendy, po nich samochód rusza, pięć sekund później rusza następny… Przedstawiam całą historię i pytam, czy wszyscy zrozumieli. Jeśli tak, zadaję słynne pytanie: „Czy są jakieś pytania?” i odpowiadam na nie. Jeśli jest taka potrzeba, odpowiada na nie też koordynator kaskaderski.

Nam często tego brakuje.

Potem się rozchodzimy. Jest jeszcze coś, co bardzo często wymuszam na polskim podwórku. Mówię tak: „Czy już wszystko dogadane? To koniec dyskusji, cisza i spokój”. To taki punkt, w którym mówisz stop, teraz robimy. I nie ma odwrotu. Jak ktoś coś powie, to wszystko wraca do punktu zero i jeszcze raz – safety meeting, rozmawiamy itd.

Fajne, a czy przychodzi Ci do głowy jeszcze coś, jeśli chodzi o standardy i rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa w obszarze zdjęć kaskaderskich, co można zaczerpnąć z bardziej rozwiniętego kina, do którego dążymy?

Bardzo mi się podoba na przykład, to że nasi kaskaderzy też już dbają wzajemnie o swoje bezpieczeństwo.

Tak, ja też to widzę.

Zabezpieczają się nawzajem. Żeby przywołać pierwszy z brzegu przykład, fajne jest to, że próbują na sobie wymusić skupienie, i szanuję to. To niejedyny przykład sprawnego działania w tej sprawie. Nie ma nic gorszego, niż rozkojarzenie, bo wtedy dużo łatwiej popełnić błąd. Ważne, żeby jeden drugiego sprawdzał: „Masz to dobrze dopięte? A teraz pokaż, ja cię sprawdzę, czy jesteś dopięty”. Taki „double check”.

Jak już mówimy o kaskaderach, to z mojego punktu widzenia, czyli punktu widzenia ratownika, ważne jest ustalenie znaków awaryjnych. Dla przykładu scena, w której dziewczyna żuje gumę, buja się na krześle, przewraca się i dusi. Jest kaskaderką, cały czas gra, a przy tym bardzo przekonywująco się dusi. Istnieje zagrożenie, że ona naprawdę będzie się dusić, więc czekam na znak, który dla jej koordynatora i dla mnie będzie sygnałem, że coś poszło nie tak, bym mógł przerywać wszystko i biec ją ratować. Dla mnie to strasznie ważne, bo kaskaderzy, a szczególnie aktorzy grający sceny kaskaderskie, w sytuacjach awaryjnych też nie zawsze się rozumieją. Podoba mi się to, że możemy się umówić na znak awaryjny uwzględniający wcześniejszą analizę zagrożeń dla danej sytuacji.

Dokładnie tak. Robiliśmy kiedyś film ze sceną, w której mężczyzna zaczął się dusić, bo wypił coś, co było zatrute, a z jego ust toczyła się piana, której było bardzo dużo. Byliśmy z nim umówieni na gest awaryjny, musieliśmy wiedzieć kiedy gra, a kiedy dusi się naprawdę. Miał pełne zrozumienie, że uczestniczy w jakimś procesie. Owszem, to on był przed kamerą, ale wokół był tłum ludzi, którzy też za ileś rzeczy odpowiadali, a on chciał w tym uczestniczyć. Umówiony gest na szczęście nie był w ogóle potrzebny, bo aktor świetnie sobie poradził.

Prowadząc szkolenia z pierwszej pomocy i omawiając temat zadławień, szczególnie sytuacje, kiedy nie można wypowiedzieć ani słowa, też uczę ludzi gestu oznaczającego: „nie mam powietrza, nie mogę mówić”. Po to, by w sytuacji realnego zagrożenia otaczający świat zrozumiał, że ich zachowanie nie jest zabawą, że naprawdę potrzebują pomocy. Jest to element profesjonalizmu i systemowe rozwiązanie, stosowane m.in. w dużych międzynarodowych bankach.

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz dotycząca bezpieczeństwa. Przed ujęciem po kolei sprawdzam gotowość wszystkich elementów. Nawet jeśli przed chwilą powiedzieliśmy sobie, że wszyscy są gotowi. Czasami ludzie dziwią się, że to robię. To gotowe, to gotowe, tamto gotowe… dopiero wtedy odpalamy. Raz, ze względów bezpieczeństwa, a dwa, czasami są jakieś niepowtarzalne elementy. Wypuszczasz coś i okazuje się, że ktoś jeszcze coś robił i na przykład kamera nie poszła, a wybuch już poszedł, wtedy jest po zabawie.

Jako osoba, która zajmuje się szkoleniami z zakresu bezpieczeństwa i pierwszej pomocy, chciałbym Cię zapytać, czy widzisz sens przechodzenia co jakiś czas szkoleń z pierwszej pomocy przez ludzi z naszej branży, z różnych jej działów i departamentów?

Myślę, że tak. Choć na razie będzie ciężko wprowadzić to na szerszą skalę. Ale tak czy inaczej warto. Ja tak mówię, a gdybym teraz sam musiał skonfrontować się z nagłą sytuacją, to musiałbym sobie szybko przypomnieć, jak wykonać masaż serca i sztuczne oddychanie…

Zaproszę Cię na jakieś szkolenie, które będę prowadził.

…chociaż kiedyś przechodziłem takie szkolenie i to nie raz. Natomiast każdy z nas powinien to sobie na bieżąco przypominać, bo nigdy nie wiesz, czy w dowolnej sytuacji na ulicy nie spotkasz się z potrzebą udzielenia pomocy.

Czasami przeraża mnie to, że mamy zdjęcia w lesie, jest nas sto osób, z czego 25 to statyści, wśród nich połowa to dzieci, w tle hasa sobie burza, zrywa się porywisty wiatr, a ja jestem jedynym ratownikiem na planie. Zderzam się z przekonaniem, że jeśli wydarzy się coś poważnego, to jeden ratownik sam zdoła wszystko ogarnąć. A to jest niemożliwe. Przed rozpoczęciem zdjęć staram się dowiedzieć, czy wśród kaskaderów albo obsługi jest ktoś, kto ukończył kurs pierwszej pomocy. Zbieram takie informacje i mam gdzieś z tyłu głowy, że w razie nagłego wypadku mogę go wykorzystać, nawet przy prostych czynnościach.

Mówisz, że planujesz swoje ruchy z wyprzedzeniem, zastanawiasz się co by było, gdyby… Wyobrażam sobie, że jak ktoś jest rozsądny, tak ja Ty, to mając tyle osób, mając świadomość tego, co może się wydarzyć, w pewnym momencie ta odpowiedzialność zaczyna ciążyć, chcąc nie chcąc.

Tak jest.

Nie mówię, że tego nie dźwigasz, ale masz takie poczucie. Oczywiście jeśli jest się człowiekiem nieświadomym, to ma się spokój.

Gdybyś na podstawie swoich spostrzeżeń miał powiedzieć, co można by było poprawić w pracy ratownika na planie, co można robić lepiej, bardziej efektywnie, skuteczniej, to co by to było?

Mam jedno, bardzo ogólne spostrzeżenie. Teraz, przez te dwa lata pandemii poznałem kilkanaście albo kilkadziesiąt osób, wszyscy ci ratownicy mają dobre serca i chęć współpracy, tylko nie do końca wiedzą, czym się rządzi materia filmowa. Bo to też trzeba poznać. Myślę, że tak jak już powiedziałeś, najważniejsza jest gotowość. Fajnie jest, kiedy ratownik jest obecny gdzieś blisko, obserwuje, wie jaka będzie scena. Patrzy i mniej więcej wie co się dzieje, nie trzeba go wołać za każdym razem, gdy coś się wydarzy. Oczywiście są momenty, kiedy może zejść z planu, na przykład gdy dwóch aktorów siedzi przy stoliku w kawiarni i wiesz, że nic się nie wydarzy. Ale powinien mieć świadomość tego, co dzieje się wokół. Marzyłbym sobie, żeby również był zaangażowany w ten proces i zwracał uwagę na to, co się dzieje. Wiedział, czy ma być bardzo czujny, czy może sobie odpuścić, przychodził do mnie, do kogokolwiek z produkcji i pytał, co się teraz będzie działo, czy czasem czegoś nie potrzeba.

Adamie, czy jest coś, co chciałbyś dodać, by podsumować naszą rozmowę?

Generalnie jestem za tym, żeby jakoś przewartościować myślenie o tym, jak ma wyglądać nasza praca, bo pracujemy za dużo i za szybko. Wymuszają to po części warunki ekonomiczne, ale uważam, że myślałbym o sobie, że „jestem leszczem”, gdybym się zasłaniał tylko finansami, bo pieniądze to jedna rzecz, a uczciwe myślenie o bezpieczeństwie i o tak zwanym  dobrostanie drugiego człowieka, to jest osobna historia. Wiele rzeczy można zrobić bez pieniędzy, często wystarczy wykazać odrobinę dobrej woli. Nie chodzi tylko o to, żeby ratownik medyczny czy karetka byli na fakturze. To musiałaby być jakaś duża systemowa zmiana.

Następny projekt, pogoda, nie ma aktora…

Ja też wszystko to rozumiem. Ale widzisz, kiedyś na przykład, jak chodziłem jeszcze do szkoły filmowej, zawsze zakładało się chyba 10 procent okresu zdjęciowego na tak zwaną „rezerwę pogodową”. Jeśli film miał 40 dni zdjęciowych, dostawałeś jeszcze 4 dni w zapasie. Film to proces twórczy, wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy prawo się pomylić. Robisz scenę, próbujesz z aktorami, dochodzisz do jakiegoś punktu i nagle widzisz, że poszedłeś nie tą ścieżką i powinieneś się cofnąć, ale nie możesz tego zrobić, możesz tylko minimalnie coś skorygować, bo musisz iść do przodu, inaczej nie zamkniesz dnia zdjęciowego. Czas – tego w tej chwili w polskim filmie nie ma. Brakuje rozwiązań, by móc pracować troszkę spokojniej. Potrafimy działać sprawnie i szybko, i to jest zalata, ale do robienia fajnych rzeczy potrzeba więcej czasu. Jeśli ten czas będzie, będzie też bezpieczniej.

adam santura

Serdecznie dziękuję Adamowi za wywiad, spotkanie, również za możliwość współdziałania i dialogowania w życiu zawodowym. Merytoryczna rozmowa z człowiekiem takiego formatu, to zastrzyk dobrej energii, ale też okazja do zdobycia kompendium wiedzy. Pierwszym projektem, podczas którego z zachwytem mogłem przyglądać się pracy Adama Santury, był „Klangor” (produkcja dla Canal+).

Od pierwszego dnia naszego zawodowego współdziałania, aż po dziś dzień czerpię od niego wiedzę i udoskonalam swój warsztat ratownika na planie filmowym oraz „bezpiecznika”. Nasza rozmowa ujawniła jeszcze jedną wartość. Mianowicie sącząc kawę i dalej rozmawiając o bezpieczeństwie oraz wymieniając się doświadczeniami, zastanawialiśmy się też, co jeszcze możemy wspólnie zrobić na rzecz animowania bezpieczeństwa w środowisku filmowy. Jak się okazało, obaj mamy doświadczenia w pracy ze studentami. Wspólnie uznaliśmy, że z naszymi doświadczeniami spróbujemy trafić do studentów szkół filmowych – jeśli uznacie, że takie działanie może mieć sens, trzymajcie proszę kciuki za nasz spontaniczny pomysł!

2 Comments
  1. Fajnie napisane dobrze ze poruszacie takie tematy i upubliczniacie problemy.
    Bloga dodaje do ulubionych i pozdrawiam ciepło

  2. Bardzo fajnie, że porusza Pan Panie Adamie takie tematy. Jestem po produkcji w Łodzi i był to temat olany na studiach od A do Z.
    Poza rozmową ze strażakiem, nikt nie poruszał tematu bezpieczeństwa 🙁

Napisz odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.